My Photo

Witam na Carpe Diem :)


  • Troche tu o podrozowaniu, troche o zyciu codziennym.. ;-) Ponizej nowe zdjecia z miejsc, ktore ostatnio odwiedzilismy (12/2006-01/2007) J.

Zdjecia Krzysia

  • www.flickr.com
    This is a Flickr badge showing public photos from Drzoana. Make your own badge here.

ukradkiem podgladam...

polecone przez Lucy (a Lucy wiec co dobre!)

najlepsze strony na necie!!!

nasze zdjecia na trekearth

ciekawie tu czasami graja...

przygotowania do podrozy 3 miesiecznej (2005)....

lato 2005

zawsze jest milo jak cos skrobniecie...

juz odeszli...

March 2009

Sun Mon Tue Wed Thu Fri Sat
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

07 March 2009

Wirtualny powrot do Afryki

    Zrobilem w koncu zdjecia. Troche zajelo mi czasu, bo musialem odrzucic ponad 75%.  Zdjecia mozna znalezc w 'Photo Albums' po lewej stronie (Cameroon, Central African Republic).

    Ogladajac te zdjecia mimowolnie wracalem do tych 32 dni, ktore z Pawlem spedzilismy w centralnej Afryce.  Doszedlem tez do wniosku, ze chyba odkrylem sekret dobrego kompana w podrozy. Chyba najwazniejsza cecha to umiejetnosc milczenia przez dluzszy okres czasu. Czasami godzinami jechalismy zmeczeni obok siebie odzywajac sie tylko wtedy kiedy trzeba. Z kompanem trzeba sie tez dobrze czuc, bo nie raz spalismy obok siebie na jednym lozku. Na koniec podrozy oboje stwierdzilismy, ze bardzo dobrze sie nam jechalo. Mam nadzieje, ze to nie nasza ostatnia wspolna podroz.

Cos tam

06 March 2009

Zdjecia z Afryki...

.... za moment dotra na Carpe Diem!

J.

Piwo

22 February 2009

Refleksje

    Minął już tydzień od powrotu. Realia życia szybko wzięły mnie z powrotem w swoje objęcia. Praca, dojazdy, zakupy, odsnieżanie. Czasami znajduję na biurku jakieś notatki i papiery z przygotowań do wyjazdu.

    Ten wyjazd nie był dla mnie latwy. Najbardziej obawiałem sie momentu pożegnania i zamknięcia za sobą drzwi. W czasie przygotowań wielokrotnie miałem pokusę by znaleźć jakąś przyczynę, przekonać siebie samego, że nie mam nad tym kontroli i zrezygnować. A to, że teraz mi "nie wypada" jechać, bo rodzina. Ze kryzys i lepiej oszczędzać pieniądze. Że zamieszki w tamtym rejonie świata. Że lepiej nie przedłużać urlopu. Itd. Ale wiedziałem, że taka okazja się więcej nie powtórzy. To trochę jak z przejeżdzającym pociągiem. Stoję na stacji i jedzie pociąg. Staje na krótko, drzwi się otwierają i waham się czy wsiąść. Za chwile drzwi się zamkną i pociąg odjedzie. Czy przyjedzie następny?

    Oczywiście, ze tęskniłem. Miałem zdjęcia Witusia i Asi ze sobą. Każde spojrzenie na zegarek, to bylo sprawdzenie która jest tu godzina. Potem -6 godzin w tył i sprawdzenie co robią Asia i Wiktorek.

    Poza własną chęcią odkrywania świata, chcę by Wiktorek kiedyś mógł powiedzieć, że jego tata to cos więcej niż wizyta w zoo co roku. Mój ojciec przemieżył Tatry wzdłuż i wszeż i do dzis pamiętam wszystkie jego odznaki. Wiem, ze nie uchronię Wiktorka przed mackami komercjalizmu. Jedyne co będę mógł zrobic to zainspirować go by walczył o spełnianie swoich marzeń w życiu. Nie muszą to byc wycieczki. Cokolwiek co będzie chciał robić z pasją. Może wtedy wyciągnę zdjęcia z centrum Afryki i przekonam go, że życie nie kończy się na pracy i zakupach.

    Jak na ironię ten wyjazd był możliwy dzięki osobie, którą ciężko wyciągnąć z domu na wycieczkę 2 km od domu. Mało wymagająca, nie narzekająca kobieta epoki PRL. Ginący gatunek, którego nie są w stanie zastąpić plastikowe panienki widzące jedynie komercję. Dzięki Lusia !

    Asia dała sobie radę wspaniale! Żadnego narzekania i dużo słów otuchy i zrozumienia.

Nastepny "męski" wyjazd za 3-4 lata.  No, chyba że szybciej znajdzie się chętna osoba do towarzystwa ;-).

Krzysiek

16 February 2009

Afrykanski Valentine

    W zasadzie myslalem, ze juz nic nie bede mial do dodania, ale Kamerun trzymal na koniec troche niespodzianek. Douala to nieciekawe miasto. Gdyby nie fakt, ze stad odlatujemy, to pobyt tutaj bylby strata czasu. W dzien odlotu szukam internetu, by dac znac kiedy przylatujemy. Ale to niedziela. Wszystko pozamykane, ulice zupelnie wyludnione. Kiedy ide ulica, podlatuja co chwile jakies menty i mowia wprost - "Koles, potrzebuje kasy. Daj kase". Wyszedlem moze na 10 minut, a takich kolesiow mialem chyba z 7-miu. Rezygnuje z poszukiwania internetu.

    Jedziemy na targ kupic pare pamiatek. Lapiemy pierwsza lepsza takse. Taksiarz przedtawia sie jako Valentine. Wczoraj byly walentynki, wiec wszystko pasuje. Koles usmiechniety wiezie nas na targ. Po wyjsciu z taksy zostajemy doslownie obskoczeni sprzedawcami. Kazdy ciagnie w swoja strone. Uwazam jedynie na kieszenie. Krecimy sie po stoiskach ze 2 godziny. Chlopcy maja dosc ciekawe rzeczy. Wracamy do hotelu, by sie ostatecznie spakowac i posiedziec przy piwku 33 Export. O 6-tej czas jechac na lotnisko. Wychodzimy z hotelu a tu siedzi w taksie nasz koles Valentine. "Hej, chlopaki dzis wiozlem Was rano, pamietacie". Siedzi z nim w samochodzie jakas dziewucha. Oboje za pijani. Chyba rano zarobil na nas troche kasy i potem tankowali. Wsiadamy i jedziemy na lotnisko. Dziewucha zasypia. Ja mam oczy skupione tylko w jednym punkcie - na oczach Valentine, ktore widze lusterku. Nic mnie nie obchodzi co sie dzieje wokol. Widze tylko jego oczy. Nie moga sie zamknac, bo bedzie zle. Dojezdzamy do zjazdu na lotnisko. Oczy Valentiene sa ciagle otwarte, ale samochod zjezdza na bok, na wysoki kraweznik. Najpierw podskakuje przednie kolo, potem tylnie. Martwimy sie by nie uderzyc w betonowy plot, ale jakos samochod udaje sie zatrzymac. Wyskakujemy i patrzymy co sie stalo. Oba kola po prawej stronie nie wytrzymaly uderzenie. Kompletne flaki. Prawa strona samochodu siedzi na obreczach na ziemi. Dziewczyna sie budzi i nie reaguje. Jakby to byla normalka. Zza kierownicy wygramolil sie Valentine i podchodzi do nas. Oglada te kola chyba z 30-40 sekund. Potem sie do nas odwraca i tonem eksperta mowi "Dwa kola sa niedobre. Nie jedno. Dwa."  Niewazne. Do terminalu jest moze 400 metrow. Wyciagamy plecaki. Placimy za takse i idziemy. Dziewucha leniwie macha reka "Bon voyage".  Potem normalka. Check-in na Air France, oplata lotniskowa, pieczatki wyjazdowe, 6 godzin do Paryza, 7 do Toronto i powrot do normalnosci.

    Ogolnie uwazam Kamerun za bardzo ciekawy kraj. Taka Afryka w pigulce. Mozna tu znalezc wszystko: troche Sahelu, dzungle, zielone wzgorza i plaze. Na Safari tez mozna sie wybrac. Dla mnie najciekawsza czescia byly dzungle poludniowego wschodu i pobyt w RSA. Zaraz potem najbardziej podobala mi sie muzulmanska polnoc.

    Tak sobie czasami myslalem o tym co widze, co doswiadczam, czego sie ucze z tej podrozy i doszedlem do wniosku, ze tak na prawde bialy czlowiek nigdy nie zrozumie Afryki. Mysle, ze dzieli nas tak potworna przestrzen, ze na zawsze pozostaniemy obcy. Zastanawialem sie co moglbym wywiezc z Afryki. Nie chodzi o rzeczy materialne, ale o cos co mnie zafascynowalo, jakis element zycia, ktory chcialbym zaszczepic u siebie. Ale nie znalazlem nic. Po prostu nic. Jest to fascynujacy kontynent. Podrozowanie tu daje wiele satysfakcji, ale jestem tu tylko gosciem. Przyjade i wyjade. Mysle, ze Azja oferuje wiecej rzeczy, ktore zostaja w glebi czlowieka. Zielona herbata, ideologia Taozimu, wschodnie sztuki walki, akupunktura, medytacja. Mozna by jeszcze wymieniac. To udalo mi sie zaszczepic po powrocie do domu. Z Afryki nie wywiozlem nic. Bardzo chce jeszcze wrocic do Afryki, ale jak na razie to lista miejsc do ktorych najbardziej chcialbym pojechac to: Papua Nowa Gwinea, Bangladesz i Surinam.

To by bylo na tyle
Krzysiek

14 February 2009

Miasto pieknych kobiet

    Kiedys G'N'R spiewali "take me down to the paradise city, where the grass is green and the girls are pretty". Gdyby zmienic troche tekstu na "where the palms are green ..." to tym miastem na pewno bylby Foumban. Wiekszosc mieszkancow to Muzulmanie. I jeszcze tyle pieknych kobiet nie widzialem w Kamerunie. Chodza z glowami owinietymi szalami, wyprostowane i dumne. Maja dosc jasna skore i oczy podkreslone drobnym makijazem.

     W Foumbam miesci sie palac sultana. Dosc nowoczesna, ale ciekawa konstrukcja. Akurat jak skonczylismy ogladac muzeum do palacu wracal sam sultan. Jakis podwladny niosl nad jego glowa ogromny parasol chroniacy jego Wysokosc od slonca. Potem sultan rozsiadl sie na tronie przy wejsciu i kazdy Muzulmanim przechodzacy przed wejsciem oddawal mu posluzny poklon.

    Zaraz za palacem jest ogromy targ podzielony na dwie czesci. W jednej czesci sprzedaja mezczyzni i mozna tam znalezc czesci samochodowe i chinski plastik. Ciekawsza jest czesc gdzie sprzedaja kobiety. Tam mozna znalezc mnostwo owocow. Kazda pani pokroi na miejscu owoc i mozna go zaraz skonsumowac. Czasem nie wiemy jak sie cos je i wtedy jest mnostwo smiechu wokol. Przywyklismy do tego, ze sie z nas smieja. W samym targu jest ogromny meczet. Podchodzimy niesmialo do bramy i tak sie zastanawiamy czy mozemy wejsc do srodka. Akurat skonczyly sie modly i cala grupa mezczyzn wychodzi ze srodka. Zobaczyli nasza konsternacje i pytaja sie jak moga pomoc. Zapraszaja nas do srodka. Wchodzimy na sam szczyt minaretu skad rozciaga sie widok na caly Foumban. Wchodzimy tez do srodka meczetu. Ten mial wydzielony taras dla kobiet.

    Kolejnego dnia opuszczamy Foumban. Czas zapelnienia sie autobusu jest calkiem niezly, bo 2.5 godziny. W tym czasie obserwuje jak 3 kobiety sprzedaja jedzenie. Jedna ma bagietki, jedna cassave i jedna jakas zielona maz zawinieta w lisc bananowy. Ta z bagietkami na przy piersi male dziecko, najwyzej rok. Dzieciak albo spi albo wrzeszczy, ze chce cycka. Jak podchodzi jakis chetny na jedzenie, to kobieta przywoluje corke i oddaje malucha. Zrecznym ruchem reki przekraja bagietke na pol, wrzuca troche makaronu z jakims sosem, troche gotowanej fasoli, przelicza zaplate i zabiera z powrotem malucha. Biznes rodzinny. Doszedlem do wniosku, ze jakby te autobusy afrykanskie odchodzily na czas to taki biznesik mialby maly utarg. A tak, jak sie czeka 2-3 godziny, to kazdy w koncu kiedys zglodnieje. Obok gosciu ma na scianie powieszona na gwozdziu patelnie. Na stoliku ma toporny palnik na benzyne. Jak ktos chce jajecznice, to palnik szybko zostaje odpalony, patelnia zdjeta z gwozdzia i w 2 minuty jajecznica gotowa.

    W koncu ruszamy po tych 2.5 godzinach oczekiwania. Droga jest piekna. Wije sie dziesiatkami zakretow miedzy wzgorzami zarosnietymi palmami. Jedzie sie wolno. Potem, blizej Douala jedziemy szybciej. W Douali, szybko przesiadamy sie na nastepny autobus i jedziemy w kierunku miasteczka polozonego nad zatoka gwinejska - do Limbe. Ale Limbe omijamy szerokim kolem.

    Jedziemy do malej wioski rybackiej Batoke. Mieszkany nad samym oceanem. Nad nami wznosi sie gora Kamerun - ciagle aktywny wulkan. Piasek na plazy ma kolor ciemnego brazu. To skruszona przez fale oceanu lawa wulkaniczna. Caly dzien totalnej laby. Fale sie dosc duze, wiec probuje troche porobic body-surfing. Jak dobrze wymierze to fala niesie przez jakis 10-15 metrow. Woda jest tak ciepla, ze wogole nie chce sie z niej wychodzic. Przez caly dzien widac rybakow lowiacych ryby na pobliskich wodach. Wieczorem idziemy do wioski na jedzenie. Znajdujemy kobiete z grillem jak zwykle zrobionym z obreczy kola samochodowego. Jemy po 2 ogromne ryby. Nie bede ukrywal - chyba najlepsze ryby jakie kiedykolwiek jadlem. Zjedzienie calego obiadku, lacznie z pieczeniem rybek zajmuje 4 godziny. Jak mowilem dzis laba, nigdzie nam sie nie spieszy. Kolejnego dnia budzimy sie wczesnie i lecimy jeszcze sie pokapac. Szanse, ze w najblizszej przyszlosci bede sie kapal w zatoce gwinejskiej sa znikome. Potem jedziemy do Douali.

    Jutro mamy samolot do domu. Jutro przed samym wylotem napisze jeszcze jakies refleksje w tej wycieczki.

Na razie - Krzysiek

10 February 2009

Cwaniaczek, fufu corn z djama djama i kati kati oraz 60 zon Fona

    Dotarlismy wreszcie do zachodniej czesci Kamerunu. Do Nigerii stad niedaleko. I ludzie gadaja po angielsku. Jako baze na ten rejon obralismy Bamende. To troche inna Afryka niz ta ktora doswiadczalismy przez poprzednie 2 tygodnie. Widac tu odrobine luksusu. Wszystkie podstawowe dobra zostaly juz zapewnione i mozna sobie pozwolic na wiecej. Dziewczyny chodza ladnie ubrane. Widac spodnice ponad kolana, czasem wysokie obcasy i farbowane wlosy.

    Pojawili sie tez cwaniaczkowie. Jednym dalismy sie nabrac, choc nie do konca. Idziemy ulica i biegnie facet. Wypada mu koperta. W tym samym czasie my i jeszcze jeden koles wolamy, ze cos zgubil. Gosc udaje szczesliwego. Cala jego kasa. Macie tu chlopaki na piwo za pomoc. Daje 10000, ale nie nam, tylko temu koleszce co tez mu zwrocil uwage. Teraz trzeba sie podzielic tymi 10 tysiacami. Chce od nas 5 tysiecy. Dajemy mu. On wtedy patrzy na te 10 tysiecy i mowi, ze nie jest pewny czy sa prawdziwe. Chce bym mu dal inne 10 tysiecy dla porownania. Cos mi tu nie gra. Po cholere mu te 10 kafli. Wokol robi sie glosno. Jakis inny mowi - daj mu, to dla twojego bezpieczenstwa. Wyciagnalem portfel, ale po chwili go schowalem. Juz wiem, ze to sztuczka, ale jeszcze nie wiem co bedzie dalej. Gosciu sie zorientowal, ze my wiemy, ze to sztuczka. Robi pare ruchow reka tak jakby myl rece i forsa znika. Stracilismy 10 dolarow. Nic wielkiego.


    W pierwszy dzien w Bamenda po prostu rozkoszujemy sie wolnym czasem. Pare godzin siedzimy w knajpce z przepieknym widokiem na miasto. Zamawiamy afrykanskie zarcie. Wzialem fufu corn z djama djama i kati kati. Fufu corn to cos jak rozgotowany ryz. Djama djama to zielsko o smaku szpinaku. Kati kati to smazony kurczak. Calkiem dobre.


    Bamenda dzieli sie na dwie czesci. Na wzgorzu ponad miastem znajduja sie budynki administracyjne. W dolinie, wiecznie zasnutej spalinami znajduje sie czesc mieszkalna i biznesowa. Obie czesci polaczone sa kreta droga, ktora ma opinie drogi o najwiekszej ilosci wypadkow w Kamerunie.


    Na nastepny dzien jedziemy do wioski Bafut. Jest tam palac wladcy tej czesci regionu. Wladca nie nazywa sie krolem ale Fonem. Taki system istnieje od 16 wieku, kiedy ludzie z plemienia Tikar uciekali od handlarzy niewolnikow. Zjednoczyli sie w krolestwa i na czele kazdego stal Fon. Miedzy latami 1900-1914 krolestwo Bafut walczylo z Niemcami, ktorzy probowali tu kolonizacji. Fon nigdy nie umiera, ale gdzies znika. Obecny Fon jest 11-stym w historii. Ma okolo 60 zon, ale slowo zona nie oznacza zawsze tego samego. Nie kazda zona jest po to by umilac zycie Fona. Czesc zon dziedziczy sie po ojcu, ktory zniknal. Zona to po prostu kobieta, ktora ma jakas role w gospodartwie i o ktora trzeba zadbac. Zony, ktore umilaja zycie Fona nazywa sie mlodymi zonami. Takich ma 6. Jedna z nich oprowadza nas po palacu. Jest tam ogromny kompleks z domami dla zon. Jest tez najstarszy budynek w afryce zachodniej - 600 lat- nazywany Achum. Wejsc tam moze jedynie Fon i jego doradcy. Pawel wyciaga z plecaka buteleczke whisky i prosimy o audiencje u Fona. Dostajemy zgode. Jako osoba boska nie mozna go dotykac. Po prostu gawedzimy i cykamy zdjecia. Fon i jego krolestwo zostalo w sprytny sposob wkomponowane w system administracyjny Kamerunu. Fon jest zawsze bezpartyjny, ale jest na liscie plac rzadu i spelnia funkcje zarzadcy rejonu. W ten sposob polaczono tradycje z nowoczesnoscia.

    W kolejny dzien jedziemy do malej wioski Sagba, jakies 20 km za Bamenda. Teren jest tam fantastyczny. Setki wzgorz pokrytych palmami. Od czasu do czasu widac jakis wodospad, pole uprawne, sad. Wchodzimy na najwyzsze wzgorze w okolicy i przez pare godzin rozkoszujemy sie zielonym widokie.  Wiart chlodzi ciala. Wokol lataja duze ptaki wykorzystujace podmuchy powietrza do utrzymania sie w locie. Wokol skacza i cwierkaja koniki polne. Ot, taka zielona i przyjazna Afryka.

Krzysiek

08 February 2009

W zyciu nie mam prawa na nic narzekac - rozmyslania w dzungli

    Do Bayanga jedziemy z calym tabunem ludzi. Obok siedzi sobie taka spokojna kobieta z malym synkiem na kolanach. Dzieciak moze ma 2-2.5 roku. Caly jest pokryty chrostami. Siedzi taki biedny, spac mu sie chce i przytula sie do mamy. Jak tak jedziemy to nachodza mnie rozne refleksje. Jakie zycie czeka takiego malego chlopczyka. Czy dotrwa do krytycznego wieku 5 lat, gdzie pojawia sie szansa na dozycie do doroslosci. Co bedzie robil do wieku mlodzienczego. Czy ma jakies marzenia. Czy jak patrzy ma mnie to zdaje sobie sprawe jaki jest swiat poza afryka. Moze mysli, ze tez mieszkam w jakiejs chacie i po prostu przyjechalem od siebie taka ciezarowka. Wysiadaja doslownie w szczerym lesie. 2 czy 3 rozwalajace sie chaty. Matka kladzie chlopczyka na ziemi, gdzie stoi boso i nie spuszcza oczu z mamy, ktora wyciaga z ciezarowki jakies pakunki i kisc bananow. Taka podroz wymaga uodpornienia na wszechobecna biede i nedze. Zdaje sobie sprawe jak jestesmy uprzywilejowani rodzac sie w Europie. Tutejsi ludzie maja malutki margines miedzy zyciem a smiercia. Wystarczy, ze ziemia nie urodzi i nie bedzie co wlozyc do buzi. Maly wybryk natury moze miec niesamowite konsekwencje. Dlatego znowu robie postanowienie, ze w zyciu nie mam prawa na nic narzekac.

    Bayanga strasznie mi sie podoba. Po prostu nie chce sie wyjezdzac. Piaskowe ulice i drewniane domy. Brak elektrycznosci. W naszym malym 5-pokojowym hoteliku kazdego wieczora przed drzwiami znajdujemy maly plastikowy czajniczek z woda do mycia i palaca sie lampa naftowa. Myjemy sie na podworku. Ten maly czajniczek musi wystarczyc. Obok slysze dzwiek przelatujacej gdzies swini. Jakis kurczak gdzies zapieje.

    Pierwszy dzien w Bayanga mija na polowaniu z uzyciem sieci. W tym celu udajemy sie do pobliskiej wioski pigmejow. Oni jakby tylko czekali az sie pojawimy. Od razu jest ich chyba z 10-ciu razem z sieciami. W takim polowaniu moga brac udzial zarowno kobiety jak i mezczyzni. Ruszamy w las. Kiedy robi sie gesciej pigmeje decyduja, ze tu bedzie dobra okolica na polowanie. Szybciutko rozkladaja sieci w ksztalcie polkola. Szybko przeciskaja sie przez najmniejsze dziury miedzy krzakami i rozpinaja siec. Potem po cichu ida z drugiej strony i zaczynaja wszyscy robic halas. Sploszona zwierzyna zaczyna uciekac w przeciwna strone i wpada w rozpiete sieci. Nic nie zlowilismy. 2 porcupines (jak to jest po polsku?) wpadly w siec, ale udalo im sie wydostac. W lesie jest niesamowicie duszno. Tak duszno, ze czuje strugi potu sciekajace po koszulce. Powtarzamy jeszcze rozpinanie sieci ze 2 razy i wracamy do wioski. Ponoc niektorzy pigmeje chodza polowac w nocy, ale tydzien
przed naszym przyjazdem kogos ukasila zolta mamba i zmarl w szpitalu.

    Drugi dzien w Bayanga to ogladanie zwierzyny. Najpierw jedziemy do obozu Bai Hokou, gdzie WWF ma swoja stacje badania goryli nizinnych. Tam dostajemy dwoch tropicieli, ktorzy doprowadza nas do miejsca gdzie sa goryle. Najpierw zostajemy poinformowani jak mamy sie zachowywac w lesie. Najwiekszym zagrozeniem sa slonie. Jak sie napotka takiego slonia na trasie i slon zaczyna atakowac to trzeba brac nogi za pas. Z kolei jak bedziemy juz na terenie goryli i goryl zacznie atakowac to nalezy robic dokladnie odwrotnie i stac ze spuszczonymi oczyma. Ruszamy. Poczatkowo droga wiedzie przez dosc rzadki las. Nie ma specjalnie duzych gaszczow. Na ziemi leza glownie duze, wysuszone liscie. Na 10 minut musimy zdjac buty i brodzimy przez strumyki. Po godzinie zaczyna sie robic gesciej. Nasz tropiciel, pigmej, szybko wynajduje luki w gaszczu i sie latwo przemieszcza. Ja mam wrazenie, ze wszystko sie mnie czepia. Czasem zaczepiam sie w trzech miejscach jednoczesnie - na
 glowie, koszula i spodniami. Pigmej zaczyna wydawac rozne ptakopodobne dzwieki - komunikuje sie z druga grupa, ktora wie, gdzie sa goryle. Jak dochodzimy to malpy sa wysoko na drzewie. Jest jeden ogromny samiec Makumba, 6 samic i jakies 10-12 maluchow. Mozemy zostac jedynie przez godzine. Nie mozemy kichac ani smarkac na ziemie, jedynie we wklasna koszule. Goryle moga latwo sie zarazic, ale nie maja naszych antycial. Poczatkowo goryle chodza od galezi do galezi i lamia male lodygi i jedza owoce. Dorosly goryl wazy do 250 kg, ale przemieszcza sie po drzewie z zadziwiajaca latwoscia. Potem wszyscy jeden po drugim zjezdzaja po lianach na ziemie. Jedna samica nawet z maluchem przyczepionym do plecow. Stracilismy je z oczu bo wokol niesamowicie gesto. Udaje nam sie podejsc na odleglosc jakis 4-5 metrow. Probujemy robic zdjecia, ale ciezko, bo ciemno i nigdy nie mozna zlapac calej sylwetki goryla. Po godzinie ruszamy z powrotem.  Po poludniu jedziemy na miejsce zwane Dzanga Bai, gdzie w masowych ilosciach gromadza sie slonie. Faktycznie, jak dochodzimy przed nami otwiera sie ogromna polana a na niej jakis 40-50 sloni. Sa to slonie lesne, mniejsze od tych wystepujacych na sawanie. Taki duzy slon z sawanny nie przedostal by sie miedzy drzewami w lesie. W tej glebie jest mnostwo mineralow. Slonie kopia doly i wysysaja z ziemi wartosciowe mineraly. Siedzimy tak chyba ze 2 godziny i obserwujemy ten illydyczny widok. To byl wyczerpujacy dzien. Jemy rybe na kolacje i szybko idziemy spac.

    Na trzeci dzien zalatwiamy sobie tradycyjne canoe wykonane z pnia drzewa, (tzw. dlubanka) i plyniemy rzeka Sangha. Napotykamy polozone w dzungli obozy rybakow. Na piasku widac slady zolwia. Jacys kolesie wioza cale kontenery lokalnego wina zrobionego z jakiegos rodzaju palmy, ktore fermetuje w pol dnia. Probowalismy - nawet dobre. Slodkie. Sangha nie jest gleboka. Czesciej mozna sie odpychac od dna niz wioslowac. Roslinnosc wzdluz brzegow jest nieprzenikniona. Nawet jak udaloby sie przybic do brzegu to nie byloby szansy pojsc dalej.

    Po powrocie do Bayangi organizujemy 2 motocykle ktore zawioza nas do granicy z Kamerunem. To ponoc jedynie 30 kilometrow, ale droga nie jest czesto uzywana i potrafi byc zarosnieta. Przy wyjezdzie mijamy kobiety pigmejskie zanoszace do wiosek drzewo zebrane w lesie. Jedzie sie ciezko, bo trzeba jechac po jednej z kolein, a z boku drogi wystaje mnostwo krzakow i galezi. Raz, czy dwa musimy zejsc z motorkow, bo sa duze kaluze. Docieramy do Lidjombo. Byla to kiedys plantacja kawy, ale teraz stoi opuszczona. Wojsko kasuje od nas za przejrzenie paszportow. Kilometr dalej jest posterunek policji, gdzie dostajemy pieczatki wyjazdowe z RSA. Wsiadamy do canoe-dlubanki i plyniemy przez rzeke Sangha do Kamerunu. Po godzinie jestesmy po drugiej stronie. Pod koniec chlopcy zaczeli szybciej wioslowac, bo lajba zaczela nabierac wody. Bierzemy jeden motocykl i jedziemy 6 km do wioski Libongo, gdzie jest posterunek policji. Policjanci informuja nas, ze granica z RSA jest zamknieta i nie mozemy wjechac do Kamerunu. Jak chcemy to mozemy wracac na rzeke i plynac do Kongo. Ok, ok, mozemy zrobic dla was wyjatek, ale to bedzie kosztowac. Szybko negocjujemy obnizke 50% i dorzucamy 2 papierosy i dostajemy pieczatki wjazdowe do Kamerunu.

Teaz rozpoczyna sie dluga podroz do cywilizacji. Jestesmy gleboko w dzungli w miejscu, gdzie Kamerun styka sie z Kongo i RSA. Transport jest sporadyczny i wolny. Etap pierwszy do Yokadouma pokonujemy nastepnego dnia. Okazuje sie, ze jedyne co jedzie dalej to mala Toyota Tercel kombi. Samochod na maksymalnie 5 osob, ale jestesmy w Afryce, wiec na 11 plus kierowca. Do bagaznika wchodza 4 osoby. Na tylnim siedzeniu upycha sie 5 osob. Obok kierowcy siedzielismy my dwoch i dorzucili nam na kolana 7 letnia dziewczynke. Wszystkie bagaze na dach. Po 40 minutach postoj. Hamulce sie zapowietrzyly. Po nastepnych 40 minutach znowu naprawa hamulcow. Tym razem chyba lepiej bo dojechalismy do Yokadouma bez dalszych napraw. Jedynie 200 kilometrow, ale zajelo nam to 8 godzin. Przed wjazdem do Yokadouma, wojskowy na punkcie kontrolnych ochranil kierowce, ze tylu ludzi wpakowal do samochodu- "gorzej jak sardynki!"


    Na zajutrz bierzemy autobus do Bertoua. W sumie jest okolo 50 chetnych wiec jada 2 autobusiki. Do kazdego upycha sie po 25 osob. Nie jest wygodnie, ale lepiej niz w Toyocie. Zaczyna padac mocny tropikalny deszcz. Kolo nas nie ma okna, wiec podnosimy z podlogi jakas dykte i probujemy zakryc okno. Po dwoch godzinach wybojow slyszymy jakies dzwieki od podwozia. Autobus staje. Mechamizm roznicowy sie popsul. Okazuje sie, ze chlopaki na dachu maja drugi. Przez godzine probuja naprawic, ale cos poszlo nie tak. Przyjezdza drugi autobusik, wypchany jak nasz. Kierowcy sie dogaduja i zaczynaja przeladowywac bagaze z naszego na drugi autobus. Pozostaje jeszcze problem upchania 50 osob do autobusu, gdzie ledwie miesci sie 25 osob. W tym celu usuwa sie siedzenia ze srodkowego rzedu i zamiast jednego siedzacego pasazera ma sie 5 stojacych. Jest ciezko, bo nie moge sie wyprostowac bo dach niski. Na najblizszym postoju decydujemy sie jechac wiszac na drabinkach za
 autobusem. Tak wytrzymujemy 3 godziny. Trzeba trzymac sie mocno, by nie stracic oparcia pod nogi jak autobus podskoczy. Przez nastepne 3 godziny znowu skuleni jedziemy w srodku. Do Betoua dojezdzamy na 8 wieczorem. Jest juz nastepny autobus do Yaounde. Idziemy cos zjesc. Najlepsze jedzenie jest u kobiet smazacych rybki na grillu zrobionym z obreczy kola. Rybka byla tak dobra, ze zjedlismy po dwie!

    Opuszczamy na dobre dorzecze rzeki Kongo. Przez caly pobyt w RSA i poludniowym Kamerunie nie napotkalismy zadnych innych bialych. Moje wrazenia sa takie, ze wioski w dzungli sa ubozsze niz na polnocy Kamerunu, ale latwiej tu o jedzenie. Ziemia jest zyzna, opadow wiecej. Mozna latwiej wychodowac owoce. I czasem zlapac jakas zwierzyne.

    Do Yaounde dojezdzamy o swicie. Jestesmy tak umorusani, ze ludzie pokazuja na nas palcami. Ladowacze bagazu pytaja sie czy chcemy gdzies zmienic ubranie. Ale my na zmiane nic nie mamy. Bierzemy kolejny autobus do angielsko-jezycznej czesci Kamerunu. Jedziemy do Bamendy, gdzie docieramy po 32 godzinach ciaglej jazdy z Yokadoumy.

Krzysiek

07 February 2009

O Pigmeju z Mongasao

        Mysle, ze Berberati doskonale oddaje klimat Republiki Srodkowej Afryki. Berberati to drugie pod wzgledem wielkosci miasto w RSA. Nie ma tu jednak nawet biezacej wody. Po odkreceniu kurki pozostaja suche. W calym miescie nie ma pradu. Niektorzy jada na generatorach. Jest dostep do internetu, ale tylko miedzy 4-7, bo wtedy jedynie odpala sie generator. Internet co 5 minut sie rozlacza. W calym miescie nie ma centymetra asfaltowej drogi. Poszlismy na poczte. Pan sprzedal nam znaczki, ale wyslac nic nie mozna. Poczta nie dziala. Zeby cos wyslac trzeba jechac do stolicy 400 km. Bylismy w prymitywnym szpitalu zobaczyc jak tam sprawy sie maja, ale nie lepiej. Za miastem jest opuszczone lotnisko. Nie ma nikogo. Z wiezy kontrolnej schodzi farba. Kiedy wyszedlem z internetu o 7 wieczorem na zewnatrz bylo ciemno jak w du... u murzyna. Wpadlem na jakas babke. Potem szedlem za kims kto malutka latareczka oswietlal droge. Ksiadz z misji zaprowadzil nas na obiad i cos zamowil. Nie wiem na 100% co to bylo ale zgadujemy, ze krowie zoladki. Gdybym byl sam to bym nie zjadl, ale tak to musialem.

    Z Berberati bierzemy tzw. trafique do Nola. Znowu kolejny punkt kontrolny i znowu portfel chudnie.  Dobrze, ze ostatni. Z Nola bierzemy 2 motocykle i jedziemy 50 km do Mongasao, gdzie na misji sa ponoc Polacy. Po 50 km piaskowej drogi mamy doslownie kurz miedzy zebami. Wlosy sa czerwone i twarz jak u Indianina. Zsiadamy z tych motorkow i mowimy "Dzien Dobry". Zostajemy na 1 noc. Na kolacje dostajemy doskonale upieczone mieso z antylopy. Pracuje tu 2 ksiezy i zajmuja sie grupa pigmejow. Fajnie to wyglada. Solidny murowany kosciol i obok kilkadziesiat szalasow. Ide sie przejsc po wiosce i porobic kilka zdjec. Jakis gosciu byl bardzo pomocny jak robilem zdjecia i poprosil o kilka groszy. Dalem mu bez problemu. Na to inny lapie mnie za reke i ciagnie. Prawie, ze lecimy do jakiejs lepianki. Gosciu znika w lepiance i wyciaga kobite i pokazuje na aparat, bym robil zdjecia. Od ksiedza Grzeska dowiadujemy sie jakie relacje panuja miedzy pigmejami. Tutejsi pigmeje
 pochodza ze szczepu Baaka. Ogolnie sa bardzo zazdrosni. Jak komus sie lepiej wiedzie to potrafia nawet otruc.

    Nastepnego dnia jest niedziela. My jedziemy dalej na poludnie do Bayanga, ale jestesmy tez na czesci mszy odprawianej dla pigmejow. Wiecej spiewu niz mowy, ale cel ewangelizacji zostaje osiagniety.  Idziemy na droge, zeby zlapac cos do Bayanga. Pochodzi do nas jakis chlopak i mowi, ze szef wioski chce sie z nami zobaczyc. OK. Idziemy. Na srodku wioski jest mala slomiana wiata i tam w cieniu siedzi paru gosci. Podstawiaja nam krzesla i zaczyna sie mowa. Maly pigmej dosc elokwentnym jezykiem wyjasnia, ze doszly go sluchy, ze wczoraj robilismy we wsi zdjecia. On sie obawia, ze kradniemy czesc kultury pigmejow. Chce zobaczyc nasze oficjalne papiery na robienie zdjec. To jest Afryka. Na wszystko musi byc papierek z mnostwem pieczatek. Fajnie sie siedzi pod ta wiata, bo jest cien. Na otwartym powietrzu slonce daje niemilosiernie. Jakos ten gosciu nie robi na mnie wrazenia. Wojskowi to co innego, maja srogie miny i karabiny. Wokol zebrala sie juz cala wioska, czyli ze 200-250 osob. Poniewaz nam sie nie spieszy, bo i tak nic nie jedzie do Bayanga, wdajemy sie w rozwowe z gosciem. Pytamy sie czy on ma oficjalne papiery by zadac od innych oficjalnych papierow.  Gosciu znika z chacie i przynosi jakies swistki. Rozmowa jest dosyc przyjemna i nienerwowa. W koncu mowimy mu, ze damy mu jakies podatki. Taka rozmowa nie moze toczyc sie na oczach calej wioski. Znikamy w malej chacie i chcemy mu dac mala buteleczke whisky i paczke papierosow. Ale gosciu nie chce. Pieniadze. W koncu sie troche denerwuje i mowie mu, ze musi mi wystawic zaswiadczenie "ja, taki i taki wzialem od dwoch turystow 3000 CFA za robienie zdjec we wiosce". Mowie mu, ze w stolicy Bangui pojde do ministra turystyki i spytam sie czy gosciu mial prawo. To wszystko oczywiscie blef. Gosciu kasuje forse i po 20 minutach przynosi swoja wersje zaswiadczenia "ja, taki i taki przyjalem po przyjacielsku we wiosce Mongasao dwoch bialych turystow i w zamian dostalem malutki upominek". Jak na pigmeja to dosc inteligentny :-) Zegnamy sie z gosciem i idziemy czekac na nasz transport. Przyjezdza po 2 godzinach. Ciezarowka. Ladujemy nasze graty i znajdujemy jakis skrawek wolnego miejsca pomiedzy karnistrami z benzyna i kisciami zielonych bananow. Po 2 godzinach jestesmy w Bayanga.

cdn.




 

30 January 2009

Srodek Afryki (czyli o najbardziej "afrykanskim" kraju z krajow Afryki jaki widzialem)

Przed opuszczeniem polnocnego Kamerunu zaliczylem jeszcze buziaka od pieknej afrykanerki. A zdarzylo sie to tak. Wchodzimy do knajpy a tam gotuje mamuska i trzy jej corki. Siadamy, zamawiamy jedzenie i saczymy piwko. A te trzy dziewczyny sie kreca. Wysokie i ksztaltne. Zauwazylem, ze jedna sie przebrala w inna spodnice a druga zalozyla skorzana torbe przez ramie. Po jedzeniu jedna z nich podchodzi i pyta sie kiedy wrocimy. No ja mowie, ze moze za 15 lat z moim synkiem. A z synkiem - to Tys zonaty? No tak. Piekne siostry - mowie. Przy wyjsciu jedna z nich wyraznie nie chce poscic mojej dloni. No i tak patrzymy na siebie przez chwile i w koncu dostaje buziaka w policzek i odjezdamy do Maroua.

Kolejne dni znowu sa ciezkie. Najpierw 8 godzin drogi autobusem do N'Gaoundere. 6 godzin czekania na pociag. Od razu po przyjezdzie do Ngaoundere poszlismy kupic bilety, ale nie do stacji koncowej, tylko do lezacej z srodku drogi. Bileciarz mowi, ze on sprzedaje bilety tylko do stacji koncowej. Okienko sprzedajace bilety do stacji posrednich bedzie otwarte za 3 godziny. Czekamy te 3 godziny z pobliskim barze jedzac u babki pieczona rybke. Jestem zmeczony. Polozylem sobie plecaki na ziemi i leze rozmyslajac. Doszedlem do wniosku, we motocykl jest tutaj praktycznie podstawowym srodkiem komunikacji. Jedyne czego nie widzialem to motocykla przewozacego samochod. 4 dorosle osoby plus 2 dzieci (jedno na baku a drugie wisi w huscie u matki siedacej na koncu) to norma. Widzialem motor przewozacy drugi motor, szafe, 200 litrow paliwa a nawet plyte sklejkowa o wymiarach 2 na 4 metry. Gosciu po prostu ciagnal jeden koniec po ziemi. No, ale to jeszcze nie koniec
 pobytu. Moze cos ciekawego jeszcze zobaczymy!

W srodku nocy wysiadamy w Belabo. Tam bierzemy autobus do Bertoua - glowego miasta w tym rejonie. Ledwo autobus ruszyl i po 500 metrach staje z piskiem opon. Kierowca i jego pomocnik wyskakuja i sciagaja kogos z dachu. Jest jakas szarpanina. Nie wiem czy ktos chcial za darmo przejechac, czy tez chcial z gory sciagnac bagaze. W Bertoua pomaga nam wojskowy ktorego poznalismy zaraz po wyjsciu z pociagu. Pokazuje gdzie mamy kupic bilety na kolejny odcinek drogi. Potem bierze nas do spleluny "Barack Obama". Jest 2-ga w nocy. Siedza tak jakies mety. Jakis podpity gosciu wykonuje jakies zwolnione wygibasy obserwujac siebie samego w lustrze. Wojak stawia nam po piwku i po pol godzinie spadamy na nasz autobu, ktory mial odjechac okolo 2.30. Odjechal dopiero o 5-tej. Jest ciemno i nie widac nic wokolo. Czuje jednak, ze droga jest ciezka. Kiedy robi sie jasno okolo 6.30 sytuacja staje sie jasna. Jedziemy czerwonawa kurzysta droga. Cale moje spodnie, koszula, twarz w kolorze cegly. Wygladamy zalosnie, ale dotqrlismy do Batouri! Od momentu wyjazdu z Maroua minelo 26 godzin.

Szybko cos jemy, prysznic i do lozka. Budzimy sie o 2-giej i odkrywamy, ze gdzies zgubilismy Pawla ksiazeczke szczepien. To bardzo niedobra wiadomosc na 1 dzien przed przekroczeniem granicy do Republiki Srodkowej Afryki (RSA). Idziemy cos zjesc i obgadac co w tej sytuacji zrobic. Wchodzimy do knajpy i jak spod ziemi wyrasta podpity koleszka i mowi, ze tu tylko jest piwo i on nas zaprowadzi do knajpy. Wychodzimy na zewnatrz, gwizd i mamy é moto-taxi. Siedzimy w tej knajpie, koles tez i przypominam sobie, ze mam skan Pawla szczepienia na koncie emailowym. Tylko, ze w Batouri nie ma internetu. Wspominam o tym naszemu koleszce o imieniu Ivo i jak to bywa w Afryce wszystko mozna zalatwic. On zna odpowienich ludzi. Taka okazja chyba nie natrafia mu sie czesto by mozna bylo cos zalatwic dla bialasow. Najpierw chce kase na napelnienie konta telefonu komorkowego, by zwolac odpowiednich ludzi. Potem trzeba na nich czekac - najprzyjemniej oczywiscie przy piwku. Po
 jakis 40 minutach pojawia sie wreszcie pierwszy gosciu i jest kolejna okazja do piwka. W koncu jedziemy do biura Camtel'u glownej firmy komunikacyjnej Kamerunu. Brakuje jeszcze jednego goscia, ktory ma klucze do pokoju z komputerem. W koncu przyjezdza. Komputer wolny. Na zalogowanie potrzebujemy 10 minut. W koncu udaje nam sie scignac ten cholerny plik, ale drukarka nie ma tonera. Wycigam pojemnik z tonerem i trzese nim tak, ze reka az boli. Udalo sie. Cos tam widac. Nas koles Ivo dumny jak paw. Trzeba teraz oblac udane zalatwienie sprawy. Akurat byl mecz Kamerun-Nigeria i Kamerun wygral 2:0 i cale miasto oszalalo. Do naszego stolu dolaczli jacys koleszkowie i rachunek oczywiscie przyszedl do nas. No nic, ale mamy to co chcielismy. Idziemy na miasto cos zjesc. Batouri to miasto polozone z dzungli. Ma dwie gliniaste drogi i wszedzie unosi sie kurz. Ale mimo tego kobiety chodza czysto ubrane i czasami w jakis zgrabniutkich bucikach. Jemy smazona rybe od
 kobiety siedzacej w grillem na ulicy.

Dzis wazny dzien - przekraczmy granice. Wstajemy do 4.15, bo autobus ponoc wyrusza o 5-tej. Ostatecznie ruszylismy o 6.30. W miedzyczasie bylo przerzucanie bagazy z dachu na dach, bo ponoc zmienil sie autobus. Potem dlugo nikt nie wsiadal i nagle na jakis niewidzialny znak ludzie zaczynaja wchodzic. Przez 20 minut odbywa sie kompresja pasazerow i potem wreszcie odjazd. Jest to najbardziej zniszczony  autobus jakim jechalismy. Siedzenia zrobione sa z chamsko pospawanych rur. We wiosce zaraz za Batouri ktos pokazuje, ze cos jest nie tak pod autobusem. Cieknie paliwo. Dziura jest u gory baku, wiec chlopacy odpompowuja czesc ropy i baniak wrzucaja pod jedzenie pasazerow. Droga jest zwirowa. Od czasu do czasu mijamy jakies pojedyncze wioski. Poza tym las. Od czasu do czasu przejedzie jakas ciezarowka ze scietymi pniami ogromnych drzew. Okolo 8-tej docieramy do Kentzou - miasteczka lezacego na granicy z RSA. Napotykamy bialych pracujacych w RSA w szpitalu i dostajemy cenne wskazowki. Pieczatke wyjazdu z Kamerunu dostajemy zaraz potym jak urzednik skonczyl jesc obiad. Granica rozciaga sie na dlugosci 10 kilometrow. Bierzemy wiec moto-taxi. Kierowca do malego bagaznika przywiazuje nasze 2 plecaki i sam siada na baku. Ja siedze w srodku i uzywam na nogi podporek kierowcy. Pawel ma podporki pasazera. Nogi kierowcy wisza w powietrzu. Jedziemy. Do rzeki stanowiacej wlasciwa granice sa 2 szlabany obstawione przez wojsko kamerunskie. Sciagaja od nas po 2000 CFA za "oplate administracyjna", czyli przegladniecie paszportu. Wjezdzamy do RSA. Tam jest chyba z 8 roznych budynkow kontrolnych, ale my musimy zaliczyc jedynie 3: wojsko, policje i kontrole sanitarna. Kazdy sciaga kase, ale goscie sa mili. Pawlowi za "odpowiednia" oplata wystawili nawet oryginalne swiadectwo szczepienia. W naszym motorze mamy flaka w tylnim kole. Kierowca gdzie pojechal po pompke. Musimy jeszcze dojechac do Gamboula, by dokonczyc formalnosci
 i zlapac transport do Berberati. Pompujemy szybko kolo i jedziemy. Po paru minutach znowu flak. Pompujemy; wskakujemy na motor i jedziemy ile sie da. Docieramy do Gamboula i dostajemy pieczatki wjazdowe. Jestesmy w RSA!

Stoi mala toyota; ktora odjedzie do Berberati jak sie zapelni. Nawet nie trwa to dlugo. Droga jest piekna. Dokladnie taka Afryke chcialem zobaczyc. Czerwona droga i sciany zielonej dzungli po obu stronach. Pierwsza kontrola. Gdzie jedziecie? Macie oficjalne papiery, ze jestescie turystami? Nawet jakbysmy mieli, to byloby kolejne pytanie o jakis papier. Potem trzeba zaplacic za przejazd. Jestesmy na to przygotowani. Placimy tyle ile goscie chca. To ich kraj i terytorium. Slyszalem, ze kiedys wyplaty dla wojska nie byly wyplacana przez 3 lata, bo rzad nie mial kasy. A z czegos trzeba zyc. Nawet sie nie denerwuje na te oplaty. Przez te 50 euro nie zbiednieje. Zanim dojechalismy do Berberati byly jeszcze 3 kontrole. Cena za przejazd rosla w miare jak zblizalismy sie do miasta. Kierowca byl na tyle mily, ze podrzucil nas do misji katolickiej. Caly dzien praktycznie nic nie jedlismy. Wychodzimy do miasta po bagietki i puszki sardynek. W naszym pokoju nie ma swiatla. Nagle widze, ze cos rusza sie na naszej bagietce. Oswietlamy latarke a tu duzy jak kciuk karaluch. Palaszujemy jedzenie i spac.

Rano witamy sie w ksiedzem misji. Ponoc pracuje tu Polak, ale dzis musial pojechac do stolicy RSA - Bangui. Inny ksiadz, lokalny zabiera nas na przejazdzke po miescie. Po 1 dniu w RSA moge stwierdzic, ze przynajmniej ta czesc kraju jest bardzo przyjazna. Mam nowy problem ze zdjeciami. Kiedy tylko wyciagne aparat od razu mam w obiektywie cala zgraje dzieciakow i trudno mi wyselekcjonowac jedno. Zdecydowanie jak na razie to najbardziej "afrykanski" kraj z krajow Afryki jakie widzialem.

Jutro ruszamy na poludnie do Bayanga i parku Dzangha-Sangha.

Krzysiek

26 January 2009

Wrozby z gor Mandara i zyrafy w Waza

    Problem z naganiaczami ciagnal sie az do momentu kiedy zamknely sie drzwi do autobusu odjezdzajacego do Mokolo. Nie bylo bezposredniego do Rhoumsiki i pojechalismy do Mokolo, bo w Mokolo odbywa sie wlasnie targ i latwo bylo sie dostac. Targ jest bardzo rozlegly. Sprzedaje sie tu wszystko: zywe kurczaki, pieczone miesko, anteny satelitarne, uzywana odziez. Mozna tez na miejscu skrocic lub przedluzyc spodnie. Kazdy cos tu znajdzie. Targ jest zawsze bardzo kolorowy, ale stanowi dla mnie bardzo trudne miejsce do fotografowania. Bardzo ciezko jest wychwycic jakis konkretny szczegol. Ogromna czesc zajmuja uzywane ubrania. Kiedys czytalem jak wyglada dystrybucja uzywanych ubran. Pochodza one glownie z Europy Zachodniej i cala siatke obsluguja Arabowie lub Hindusi. Jedynie oni maja tak rozlegle kontakty by zapewnic dystybucje po najmniejsze zakatki Afryki.

    Robi sie goraco i idziemy na zimne piwko. Dosiada sie dwoch wojskowych, podajemy sobie rece i po chwili cykamy sobie z nimi zdjecia. Szkoda, ze nie moglismy zostac dluzej. Moze daliby postrzelac z pistoletu.

    Ladujemy sie do autobusu do Rhoumsiki. Maly mikrobusik, ale ujdzie upchac 22 osoby. Jakos utkwilo mi w glowie, ze podroz trwa godzine. Blad! 3 godziny. 3 godziny siedzialem skulony siedzac na kole odwrocony plecami do kierowcy. Pomyslalem sobie, ze pakowacze sardynek w celu poprawy wydajnosci powinni przyjechac na szkolenie do Mokolo i zobaczyc jak sie pakuje ludzi na trasie Mokolo-Rhoumsiki.

    Rhoumsiki to ladna wioska. Jej glowna cecha jest piekne polozenie. Obok sa bardzo strome pilary wulkaniczne. Jednak prawdziwy urok i charakter Gor Mandara mozna poznac jedynie po opuszczeniu Rhoumsik'ow. Tak wiec nastepnego dnia o 7 rano pakujemy plecaki i z przewodnikiem ruszamy w gory. Poczatkowo ostro schodzimy w dol. Praktycznie zaraz za wioska zauwazamy sznureczek kobiet niosacych sterty drewna na glowach. Ponoc taki preceder jest codziennie. Schodza o 5 rano i okolo 7-mej sa z powrotem. Czesc z nich niesie na plecach malutkie dzieci. Na dnie doliny dochodzimy do wyschnietego koryta rzeki. Wzdluz rzeki biegnie granica z Nigeria. Kluczymy tak z jednego brzegu na drugi i raz jestesmy w Nigerii, raz w Kamerunie. Zaraz potem napotykamy na malutka wioske i tam zdziwienie. Malutka szkola. Jest tylko jedna sciana i dach ze slomy. Z przodu siedzi nauczycielka. Sa 3 lawki w ktorych siedza mamuski z dziecmi. Kontynuujemy nasza wedrowke wsrod wzgorz Gor
 Mandara. Wszystko wokol zasloniete jest mgielka Harmattanu.

    Okolo poludnia robimy sobie 2 godzinna przerwe, bo robi sie goraco. Czasem przychodza z ciekawosci ludzie z pobliskich chatek. Idziemy sobie tak podczas fantastycznej ciszy. Wiatr fajnie chlodzi cialo. Nagle slysze jakies bzyczenie. Jak w ulu. Zblizamy sie do Roufta a tam odbywa sie dzis targ. Tak liczy sie tu dni. Jaki dzis dzien? Targu w Roufta. A jutro? Targu w Mogode. Za 5 dni targ znowu bedzie w Roufta i cykl sie zamknie. Targ ma zupelnie inny charakter niz w Mokolo. Jest to raczej spotkanie towarzyskie niz handlek. Wiekszosc straganow sprzedaje piwko domowej roboty. Pije sie je z pookraglych pojemnikow zrobionych z jakiejs dyniowatej rosliny. Jakas kobieta podaje mi takie naczynko wypelnione brazowawym, metnym plynem, ale wyjasniam, ze boli mnie brzuch. Tam tez kupujemy kurczaka na kolacje. Nocujemy w Roufta w chacie glownego szefa. Jego rola to dawanie slubow, sluchanie argumentow przy sporach i rozwodach. Kilka razy do roku jest tez spotkanie starszyzny. Wioska nie ma pradu. O 10.30 robi sie cicho. Slychac jedynie co jakis czas postekiwania jakiegos osla.

    Nastepnego dnia budza nas piania koguta. Ruszamy dalej w droge. Wieczorem dochodzimy do miejscowosci Gamba. Dzis odbywa sie tu wesele. Idziemy popatrzec. Na malej laczce jest chyba ze 400 osob. W jednym krancu chodzi generator i jest przykryty kolczastymi roslinami by nikogo nie kusilo cos tam krecic. 3 kolesi na gitarze, bebenku i tamburynie wybija prosty rytm. Sa przerwy miedzy utworami, ale ja mam wrazenie ze graja w kolko to samo. Zeby wejsc do srodka i tanczyc trzeba na jedna z kilku kupek dac troche pieniedzy. Nasz przewodnik idzie sie zapytac, czy my mozemy uczestniczyc i robic zdjecia. Uzyskuje zgode. Wskakujemy na srodek i wyciagamy aparaty. Za chwile mamy przed soba jakis dwoch grubasow z Nigerii, ktorzy cos krzycza i wylapuje tylko jedno slowo: money. Robi sie glosno i instynktownie czuje, ze do szarpaniny i bojki nie jest daleko. Wycofujemy sie i probujemy zalagodzic atmosfere podajac chlopakom reke. Wracamy do naszego domku. Jemy ryz z lokalnym sosem. Potem rozkoszujemy sie chwila. Ogladamy gwiazdy. Nagle widze przy nodze jakis cien. Instynktownie strzepuje to cos z nogi i zapalam latarke: skorpion. Maly, moze ma 4 centymetry. Dzis spimy w tradycyjnej okraglej chacie. Nie zauwazamy zadnych malych stworzonek wokol, ale mimo tego rozkladmy siatke.

    W 3-cim dniu wracamy do Rhoumski. Idziemy na pobliskie wzgorze by popatrzec na wioske z gory. Wioske widac ladnie ale wszystko wokol jest zasloniete Harmattanem. Poszlismy tez do lokalnego wrozbity. Ta tradycja jest ponoc przekazywana z ojca na syna. Wrozy sie za pomoca kraba. Jest miska wypelniona woda i piaskiem. W misce jest mnostwo roznych patykow i krazkow z roznymi oznaczeniami. Zadaje sie pytanie. Le fetisheur cos tam szepce krabowi, ktorego trzyma w rece i wrzuca go do miski i przykrywa druga miska. Po paru minutach odkrywa kraba i patrzy co narozrabial. A wiec: w nowej pracy w ktorej zaczynam po powrocie bede mial super sukcesy oraz nasza podroz w Wiktorkiem na motorach dookola Afryki dojdzie do skutku, ale musimy przed wyruszeniem dac ludziom wokol nas jakies prezenty. (ha, ha, ha.. czekam! - J.  :-)).


    Nastepnego dnia opuszczamy Roumsiki. I tu male zdziwienie. W Afryce autobus odjezdza wtedy gdy sie zapelni, a nie wtedy gdy jest godzina odjazdu. Normalnie oznacza to opoznienie, ale dzis zapelnil sie szybko i kierowca trabil przed naszym hotelem a my szybko wsuwalismy resztki sniadania ze stolu.


    Zmierzamy teraz  na polnoc w strone parku narodowego Waza.  Roumsiki poprzez Mokolo, Koza, Mayo i Mora jedziemy do parku narodowego Waza. Na poczatku jedziemy piaskowa droga wzniecajac tumany kurzu, ale potem zjezdzamy na asfalt. Asfalt jednak wcale nie oznacza szybszej, czy spokojniejszej jazdy. Dziury sa takie, ze spokojnie mozna urwac kolo. Mijamy cale konwoje zdezelowanych ciezarowek z rejestracja z Czadu lub Nigerii. Dosc czesto ciezarowki stoja na poboczu. Cos sie zepsulo i kierowca probuje sam naprawic. Czasem czeka na jakas czesc, ktora ktos mu dowiezie. Ciezarowki sa zaladowane niemilosiernie.


    W parku Waza mieszkamy w prostym domku polozonych zaraz kolo bramy wjazdowej. Kierownik parku pozwolil nam wjechac za darmoche jeszcze tego wieczora. Po chwili szukania znalezlismy stadko zyraf, ktore plynnie jakby plynac porusza sie po stepie.  Natepnego ranka jeszcze przed switem ruszamy znowu do parku. Mamy obowiazkowego straznika, ktory wszystko zauwaza szybciej niz my. W koncu udalo nam sie zobaczyc pare rodzajow gazeli, pare stadek zyraf, dzika swinie (warthdog), bociany marabou, sepy. Szukalismy slonia, ktorych jest ponoc w parku 1402, ale jakos sie pochowaly.


    Safari w takim parku nie przypomina safari w Kalifornii, gdzie co 2 minuty widac innego zwierzaka. Jest to prawdziwy eco-system, gdzie kazde zwierze potrzebuje sporo terenu by wyzyc. Musi byc zbudowany food-chain. Na safarii potrzeba duzo cierpliwosci. Czasem jedzie sie godzine i nic nie widac. Ale potem nagle jest entuzjazm, bo na przyklad wypatrzylismy zyrafy. W sumie jezdzilismy z przerwami okolo 6 godzin. Wytrzeslo nas.

    Na tym konczymy pierwszy tydzien pobytu w Kamerunie. Zamykamy pobyt na polnocy i udajemy sie w bardziej zielone miejsca, gdzie stykaja sie 3 kraje: Kamerun, Kongo i Republika Srodkowej Afryki

Krzysiek

20 January 2009

Zaczynamy od Maroua

Mielismy zaczynac w Ndjamenie w Czadzie, ale odstraszyla nas cena. Droga wiza, dosc drogi bilet lotniczy i w dodatku niepewnosc czy rebelianci ponownie nie zaatakuja. Za duzo na to by spedzic 1 dzien w Czadzie.

Polecielismy wiec do Yaounde. Male przygody zaczely sie juz na lotnisku. Samolot sie duzo spoznil i bylo juz ciemno. Dlugo czekalismy az wyjada bagaze i zostalismy jako jedyni biali na lotnisku. Przy wymianie pieniedzy mielismy sporo swiadkow, ktorzy bacznie obserwowali gdzie chowamy kase. Jechac z tymi samymi kolesiami ich samochodem do miasta nie za bardzo nam sie podobalo. Splawienie ich tez nie przyszlo latwo. Po wyjsciu z terminala okazalo sie, ze nie ma ani jednej legalnej taksowki. Nic wokol. Zlitowala sie nad nami jakas kobieta i zadzwonila po takse. Po godzinie czekania przyjechal jakis koleszka naszych niaganiaczy i z obstawa 3 kolesiow wszyscy zapakowalismy sie do malej Toyoty. Obylo sie bez wiekszych incydentow, poza tym, ze taksiarz chcial za kurs na lotnisko i z powrotem. Po malej klotni udalo nam sie obnizyc cene.

Yaounde bylo do zniesienia. Ogolnie nie lubie duzych miast, a Afrykanskie duze metropolie raczej nie maja charakteru. Poszlismy kupic bilety na pociag do polnocnego Kamerunu - do N'Gaoundere. Chcelismy kuszetki, ale zalapalismy sie jedynie na 1-sza klase. Jazda minela dosc szybko, ale ogolnie pociag wlekl sie niesamowicie. Zatrzymal sie chyba na 10 czy 12 stacjach, gdzie odchodzil handelek a dla mnie byla to okazja do zdjec. Milo rozgardziaszu panuje tu porzadek, ktorego nalezy sie dopatrzyc. W pociagu kupilismy bilety na autobus na polnoc do Maroua.

Po przyjezdzie pociagu do N'Gaoundere nastepuje wielkie zamieszanie. Setki ludzi, tysiace walizek, workow, tobolkow wypelza z pociagu. Zaczalem robic troche zdjec, ale zaraz znalazl sie ktos, komu sie to nie podobalo. Udalem, ze zepsul mi sie aparat i poszedlem. Autobusem do Maroua jechalismy 8 godzin. Jest troche posterunkow wojskowych na drodze, ale papiery mamy w porzadku wiec nikt sie nie czepia. Droga przebiega przez dosc fajne rejony. Duzo jest tradycyjnych chatek ze strzecha ze slomy. Nie jest tak piaskowo jak w Nigrze, ale ciagle jest to Sahel.

Do Maroua przyjechalismy dokladnie po 24-ch godzinach od wyjazdu z Yaounde. Bylismy troche zmeczeni bo to te 24 godziny i 6 godzin przesuniecia czasu. Atmosfery nie polepszyl fakt, ze nagle pojawili sie naganiacze, ktorzy dostali cynk, ze jedziemy do Maroua juz od kogos w N'Gaoundere. Probowalismy ich splawic, ale ciezko. Wogole nie widzimy zadnych bialych wokol, wiec chyba zarobek slaby i trzeba walczyc wyjatkowo agresywnie. Po godzinie mielismy 4 gosci licytujacych sie za ile i gdzie moga nas zawiesc. Powiedzielismy, ze przemyslimy i damy im znac jutro. Nie chcac nikogo obrazac postanowlismy, ze z kazdzym pojedziemy w 1-no miejsce. Rano byla znowu licytacja i przyznam sie troche mialem juz dosc i sie wkurzylem i byl koniec negocjacji. Z nikim nigdzie nie jedziemy! Po skromnym sniadanku poszlimy pochodzic po Maroua. Pierwsza byla wizyta w farbiarni skor. Jest tam caly proces od garbowania swiezych skor do ich farbowania i zmiekczania. Fajnie to przebiega. Na koniec chief byl zaszczycony nasza wizyta i chetnie pozowal do zdjec. Maroua podoba mi sie. Czuc klimat miasteczka Sahelu. Wszedzie pyl i kurz. Teraz jest zreszta pora Harmatanu. Wszedzie biegaja kury i psy. Taksowek nie ma, ale wsiada sie we 3-ch na jeden motocykl i za pare groszy jest sie tam, gdzie chce. Ogromnie podobaja mi sie tutejsze kobiety. Po pierwsze wyprostowana sylwetka. Po drugie kolorowe ubranie. No i brzydkie tez nie sa. Ogolnie widze, ze ludzie sa przyjazni. Po chwili gadki prawie kazdy pozwala sobie zrobic zdjecia. Chlopaki z naprawy motocykli 'Garage de Barack Obama' byli wrecz zachwyceni!

Jutro jedziemy do Rhumsiki i tam chcemy sie poszwedac po gorach z jakies 4-5 dni. Dalsza relacja po powrocie.

Krzysiek

18 January 2009

Juz sa na miejscu!

Dojechali szczesliwie.   Teraz przemieszczaja sie pociagiem na polnoc Kamerunu (24 godzinna podroz) skad pewnie bede pierwsze relacje Krzyska. 

J.

17 January 2009

Czekamy na pierwsze wiadomosci z Yaounde

Z niecierpliwoscia czekamy w domu na pierwsze wiadomosci z Yaounde.  Panowie wyjechali z domu 31 godzin temu i jak na razie nie mamy jeszcze od nich zadnych wiadomosci...  Rzeczywiscie z drugiej strony wyglada to wszystko inaczej, straszniej i niepewniej.   W momencie gdy my tutaj w domu sie troche denerwujemy z braku informacji, nasi panowie pewnie rozkoszuja sie egzotycznym klimatem, leniwie szukajac gdzies internetu w chaotycznym i kolorowym miescie.  Mamy nadzieje, ze pirewsze wiadomosci zaraz wylonia sie z cyberprzestrzeni...

J.

15 January 2009

Pierwsze urodziny Wiktorka obchodzimy na Isla Margarita (Wenezuela) !

IMG_3244   IMG_2775IMG_2909IMG_3080IMG_3013IMG_3458-1 IMG_3401IMG_3094 IMG_3343    IMG_2835 IMG_3025   

17 July 2008

Bajkowe Taxco

Powinnismy tam zostac noc lub dwie, ale moglismy sobie pozwolic jedynie na dzienny wypad do pieknego Taxco. Miasto polozone jest na wzgorzu. Wsrod mrowia bialych domkow z czerwonymi dachami ciagna sie bardzo waskie i strome uliczki. Sa tak strome, ze ciezko sie podchodzi i uwazalismy, by przypadkiem nie zejsc za nisko, by potem nie podchodzic za duzo. Uliczki sa tak waskie, ze nie zmieszcza sie 2 samochody. (A jezdza tu jedynie biale volkswageny garbusy). Ba! trzeba bylo uwazac by jeden samochod nas nie potracil. Po prostu sie zagubilismy w labiryncie tych uliczek. Wypilismy swiezutkie soki owocowe u starszych panow. Pycha!
Taxco to mekka wyrobow ze srebra. Paru hiszpanskich kolonizatorow dorobilo sie tu fortuny na srebrze.
Dzis ostatni dzien w Meksyku. Ogladamy samo miasto Meksyk. Bylismy w palacu prezydenckim. Ale tak jak kazde duze miasto ma duzo ruchu ulicznego, duze sklepy, itd. Nie specjalnie lubie duze miasta, ale to bylo w miare znosne.

A po co byl nam ten Meksyk? Dla niewtajemniczonych bylo nasze podziekowanie dla rodzicow chrzestnych za przyjazd na chrzciny naszego Wiktorka.

No to do nastepnej wyprawy - Krzysiek

16 July 2008

Teotihuacan

Teotihuacan Do miasta Meksyk zajezdzamy po 6 godzinach drogi z Oaxaca. Po drodze zaliczylismy kontrole narkotykowa i piekne widoki z kaktusami i wulkanami. Licencjonowana taksowka przejezdzamy do centrum i znajdujemy dosc tani hotelik. W pierwszy wieczor zaliczmy wszystkie waskie uliczki wokol hotelu. Na drugi dzien rankiem wyruszamy do metra i jedziemy na dworzec autobusowy, skad przedostajemy sie do najwiekszych ruin w Meksyku - Teotihuacan. Chodzilismy po nich w sumie 6 godzin i mysle, ze zrobilismy okolo 7 km. Oczywiscie najwieksze wrazenie robia dwie piramidy: slonca i ksiezyca. Mozna na obie wchodzic, wiec obok poruszania sie w poziomie zrobilismy wycieczki w gore i dol. Obok tych dwoch kolosow znajduje sie dziesiatki innych platform, schodow, mniejszych piramid itd. Przez calosc ciagnie sie Aleja Umarlych. Dzisiaj wszystko ma kamienny odcien, ale kiedys bylo kolorowe - dominowal czerwony. W paru miejscach zachowaly sie freski. Jutro jedziemy do pieknej miejscowosci Taxco i potem ostatni dzien w Meksyku.

K.

13 July 2008

Smazone koniki polne.

Ze smutkiem opuszczalismy San Cristobal de Las Casas. Pieknie miasteczko polozone wsrod gor. Do Oaxaca dostalismy sie nocmym autobusem - 14 godzin. Po drodze zatrzymywaly nas kontrole wojskowe i policyjne. Kiedy docieramy do Oaxaca mocno pada. Oaxaca to stolica kulturalna Meksyku. Tu ponoc najbardziej lubia mieszkac artysci. Jest mnostwo galerii i muzeow. Na glownym placu czesto sa koncerty muzyki powaznej. Z Oaxaca robimy male wycieczki - do Tule, gdzie rosnie stare (2-3 tysiace lat)ogromne drzewo o srednicy 15 metrow. Na drugi dzien jedziemy do Monte Alban, pieknych ruin polozonych na wzgorzu nad Oaxaca, ktorych poczatki datuja sie na 200 lat przed Chrystusem. Reszte czasu spedzamy walesajac sie malymi uliczkami. Dzis wyprobowalismy dwa przysmaki z ktorych slynie Oaxaca - napoj czekoladowy, ktory mozna zamowic na dziesiatki sposobow (nawet z Chili). My wybralismy na zimno i bez egzotycznych przysmakow. Potem na straganie zauwazylismy stosy smazonych konikow polnych. Nie kupowalismy, ale sprzedawca rozbawiony naszym zdziwieniem dal nam posmakowac po koniku :-((
Oaxaca ma klimat. Niewiele ludzi, spokojna atmosfera, waskie uliczki, kolorowe domy. Na pewno zapamietamy na dlugo. Jutro do celu naszej podrozy - Mexico City.

K.

11 July 2008

Skrecanie kurzego karku w kosciele...

Rano wskoczylismy do autobusiku i pojechalismy do wioski San Juan Chamula. Na srodku stoi piekny kosciol. Gdy wchodzimy slyszymy ostrzezenia, ze nie wolno robic zdjec. Wnetrze nas zaskakuje. Zadnej lawki. Na podlodze jakies igliwie. I tysiace, tysiace swiec. Wokol scian wizerunki znanych nam swietych, ale przychodzacy tu ludzie modla sie na swoj sposob. Wczoraj odwiedzilismy muzeum tradycyjnej medycyny Majow i dzis wiele rzeczy zobaczylismy na wlasne oczy. W zaleznosci od choroby, zmartwienia czy prosby przynosi sie do kosciola inny zestaw swiec. Moze to byc do 30-40 swiec. Jak choroba dotyczy duszy to przynosi sie tez kure. Kura jest poswiecona przez skrecenie karku. Ludzie klecza i modla sie we wlasnym jezyku na podlodze wokol tego igliwia. Mszy w naszym znaczeniu nie ma.

Jutro jedziemy do innej wioski i wieczorem opuszczamy gory Chiapas i jedziemy do stolicy kulturalnej Meksyku - Oaxaca.

K.

09 July 2008

W krainie Sw. Krzysztofa

Przejazd z Palenque do San Cristobal de Las Casas obfitowal w zakrety. Musielismy pokonac ponad 1500 metrow wysokosci. Autobus jechal dosc szybko i przechylalismy sie przy kazdym zakrecie. Przewodnik pisze, ze sporadycznie zdazaly sie tu napady na autobusy. Ponoc ciagle jest tu aktywna rebelia Zapatystow.

San Cristobal to zupelnie inny swiat. Polozone jest w dolinie otoczonej gorami czesto pochowanymi w chmurach. Po paru minutach od wyjscia z autobusu juz padalo. Uliczki jak zwykle jednokierunkowe i waskie. Nie mozna tu wogole budowac budynkow o nowoczesnej architekturze. Centrum miasta to klasyka. Glowny plac z katedra. Ponoc miasto jest otoczone slumsami w ktorych mieszkaja indianie wypedzeni z wlasnej ziemi. Mozna ich zauwazyc jak przemierzaja centrum, czesto na boso, sprzedajac kolorowe szaliki, wisiorki, itd. Odwiedzilismy muzeum tradycyjnej medycyny majow. Dosc pouczajace z malym ogrodem gdzie rosna uzywane rosliny. San Cristobal rozni sie jeszcze jedna rzecza od wszystkich innych miasteczek. Jest mnostwo straganow z rambutanami!!!

Jutro pojedziemy do pobliskiej wioski, gdzie mieszkaja indianie. Ponoc bardzo stronia od aparatow fotograficznych.

K.

Indiana Jones w Palenque

Niedzielny wieczor w Campeche spedzilismy na glownym placu sluchajac koncertu lokalnych muzykow. Ludzie potrafia sie tu cieszyc zyciem. Starsze parki tanczyly. Jakies 2 tygodnie przed wyjazdem widzialem liste panstw ktorych obywatele czuja sie szczesliwi. Pamietam, ze zdziwil mnie Meksyk na 5-tym miejscu. Jakos zawsze wydawalo mi sie, ze to kupa ludzi, ktora o niczym innym nie marzy niz o tym by uciec do Stanow i tam za grosze pracowac. Nic podobnego. Jakos patrzac po twarzach nie znalazlem nikogo takiego. Campeche opuscilismy w nocy.

Rano przybylismy do Palenque. Sa tu fantastyczne ruiny Majow polozone na granicy dzungli. Wiekszosc piramid doslownie wystaje z dzungli. Obok wije sie mala rzeczka, ktora jak wyglada jaj zywcem wzieta z Indiana Jonesa. W dzungli bylo straszliwie wilgotno. Czulismy jak pot leje sie po nas strugami. Niemniej Palenque to niezapomniany widok. Ogromny kontrast do polozonego na rowninach Chichen Itza. Majowie musieli kiedys miec niesamowite imperium. Mam nadzieje, ze to ostatnie dni w wilgotnym klimacie bo nastepne dni spedzimy w miejscu polozonym znacznie wyzej.

K.