Problem z naganiaczami ciagnal sie az do momentu kiedy zamknely sie drzwi do autobusu odjezdzajacego do Mokolo. Nie bylo bezposredniego do Rhoumsiki i pojechalismy do Mokolo, bo w Mokolo odbywa sie wlasnie targ i latwo bylo sie dostac. Targ jest bardzo rozlegly. Sprzedaje sie tu wszystko: zywe kurczaki, pieczone miesko, anteny satelitarne, uzywana odziez. Mozna tez na miejscu skrocic lub przedluzyc spodnie. Kazdy cos tu znajdzie. Targ jest zawsze bardzo kolorowy, ale stanowi dla mnie bardzo trudne miejsce do fotografowania. Bardzo ciezko jest wychwycic jakis konkretny szczegol. Ogromna czesc zajmuja uzywane ubrania. Kiedys czytalem jak wyglada dystrybucja uzywanych ubran. Pochodza one glownie z Europy Zachodniej i cala siatke obsluguja Arabowie lub Hindusi. Jedynie oni maja tak rozlegle kontakty by zapewnic dystybucje po najmniejsze zakatki Afryki.
Robi sie goraco i idziemy na zimne piwko. Dosiada sie dwoch wojskowych, podajemy sobie rece i po chwili cykamy sobie z nimi zdjecia. Szkoda, ze nie moglismy zostac dluzej. Moze daliby postrzelac z pistoletu.
Ladujemy sie do autobusu do Rhoumsiki. Maly mikrobusik, ale ujdzie upchac 22 osoby. Jakos utkwilo mi w glowie, ze podroz trwa godzine. Blad! 3 godziny. 3 godziny siedzialem skulony siedzac na kole odwrocony plecami do kierowcy. Pomyslalem sobie, ze pakowacze sardynek w celu poprawy wydajnosci powinni przyjechac na szkolenie do Mokolo i zobaczyc jak sie pakuje ludzi na trasie Mokolo-Rhoumsiki.
Rhoumsiki to ladna wioska. Jej glowna cecha jest piekne polozenie. Obok sa bardzo strome pilary wulkaniczne. Jednak prawdziwy urok i charakter Gor Mandara mozna poznac jedynie po opuszczeniu Rhoumsik'ow. Tak wiec nastepnego dnia o 7 rano pakujemy plecaki i z przewodnikiem ruszamy w gory. Poczatkowo ostro schodzimy w dol. Praktycznie zaraz za wioska zauwazamy sznureczek kobiet niosacych sterty drewna na glowach. Ponoc taki preceder jest codziennie. Schodza o 5 rano i okolo 7-mej sa z powrotem. Czesc z nich niesie na plecach malutkie dzieci. Na dnie doliny dochodzimy do wyschnietego koryta rzeki. Wzdluz rzeki biegnie granica z Nigeria. Kluczymy tak z jednego brzegu na drugi i raz jestesmy w Nigerii, raz w Kamerunie. Zaraz potem napotykamy na malutka wioske i tam zdziwienie. Malutka szkola. Jest tylko jedna sciana i dach ze slomy. Z przodu siedzi nauczycielka. Sa 3 lawki w ktorych siedza mamuski z dziecmi. Kontynuujemy nasza wedrowke wsrod wzgorz Gor
Mandara. Wszystko wokol zasloniete jest mgielka Harmattanu.
Okolo poludnia robimy sobie 2 godzinna przerwe, bo robi sie goraco. Czasem przychodza z ciekawosci ludzie z pobliskich chatek. Idziemy sobie tak podczas fantastycznej ciszy. Wiatr fajnie chlodzi cialo. Nagle slysze jakies bzyczenie. Jak w ulu. Zblizamy sie do Roufta a tam odbywa sie dzis targ. Tak liczy sie tu dni. Jaki dzis dzien? Targu w Roufta. A jutro? Targu w Mogode. Za 5 dni targ znowu bedzie w Roufta i cykl sie zamknie. Targ ma zupelnie inny charakter niz w Mokolo. Jest to raczej spotkanie towarzyskie niz handlek. Wiekszosc straganow sprzedaje piwko domowej roboty. Pije sie je z pookraglych pojemnikow zrobionych z jakiejs dyniowatej rosliny. Jakas kobieta podaje mi takie naczynko wypelnione brazowawym, metnym plynem, ale wyjasniam, ze boli mnie brzuch. Tam tez kupujemy kurczaka na kolacje. Nocujemy w Roufta w chacie glownego szefa. Jego rola to dawanie slubow, sluchanie argumentow przy sporach i rozwodach. Kilka razy do roku jest tez spotkanie starszyzny. Wioska nie ma pradu. O 10.30 robi sie cicho. Slychac jedynie co jakis czas postekiwania jakiegos osla.
Nastepnego dnia budza nas piania koguta. Ruszamy dalej w droge. Wieczorem dochodzimy do miejscowosci Gamba. Dzis odbywa sie tu wesele. Idziemy popatrzec. Na malej laczce jest chyba ze 400 osob. W jednym krancu chodzi generator i jest przykryty kolczastymi roslinami by nikogo nie kusilo cos tam krecic. 3 kolesi na gitarze, bebenku i tamburynie wybija prosty rytm. Sa przerwy miedzy utworami, ale ja mam wrazenie ze graja w kolko to samo. Zeby wejsc do srodka i tanczyc trzeba na jedna z kilku kupek dac troche pieniedzy. Nasz przewodnik idzie sie zapytac, czy my mozemy uczestniczyc i robic zdjecia. Uzyskuje zgode. Wskakujemy na srodek i wyciagamy aparaty. Za chwile mamy przed soba jakis dwoch grubasow z Nigerii, ktorzy cos krzycza i wylapuje tylko jedno slowo: money. Robi sie glosno i instynktownie czuje, ze do szarpaniny i bojki nie jest daleko. Wycofujemy sie i probujemy zalagodzic atmosfere podajac chlopakom reke. Wracamy do naszego domku. Jemy ryz z lokalnym sosem. Potem rozkoszujemy sie chwila. Ogladamy gwiazdy. Nagle widze przy nodze jakis cien. Instynktownie strzepuje to cos z nogi i zapalam latarke: skorpion. Maly, moze ma 4 centymetry. Dzis spimy w tradycyjnej okraglej chacie. Nie zauwazamy zadnych malych stworzonek wokol, ale mimo tego rozkladmy siatke.
W 3-cim dniu wracamy do Rhoumski. Idziemy na pobliskie wzgorze by popatrzec na wioske z gory. Wioske widac ladnie ale wszystko wokol jest zasloniete Harmattanem. Poszlismy tez do lokalnego wrozbity. Ta tradycja jest ponoc przekazywana z ojca na syna. Wrozy sie za pomoca kraba. Jest miska wypelniona woda i piaskiem. W misce jest mnostwo roznych patykow i krazkow z roznymi oznaczeniami. Zadaje sie pytanie. Le fetisheur cos tam szepce krabowi, ktorego trzyma w rece i wrzuca go do miski i przykrywa druga miska. Po paru minutach odkrywa kraba i patrzy co narozrabial. A wiec: w nowej pracy w ktorej zaczynam po powrocie bede mial super sukcesy oraz nasza podroz w Wiktorkiem na motorach dookola Afryki dojdzie do skutku, ale musimy przed wyruszeniem dac ludziom wokol nas jakies prezenty. (ha, ha, ha.. czekam! - J. :-)).
Nastepnego dnia opuszczamy Roumsiki. I tu male zdziwienie. W Afryce autobus odjezdza wtedy gdy sie zapelni, a nie wtedy gdy jest godzina odjazdu. Normalnie oznacza to opoznienie, ale dzis zapelnil sie szybko i kierowca trabil przed naszym hotelem a my szybko wsuwalismy resztki sniadania ze stolu.
Zmierzamy teraz na polnoc w strone parku narodowego Waza. Roumsiki poprzez Mokolo, Koza, Mayo i Mora jedziemy do parku narodowego Waza. Na poczatku jedziemy piaskowa droga wzniecajac tumany kurzu, ale potem zjezdzamy na asfalt. Asfalt jednak wcale nie oznacza szybszej, czy spokojniejszej jazdy. Dziury sa takie, ze spokojnie mozna urwac kolo. Mijamy cale konwoje zdezelowanych ciezarowek z rejestracja z Czadu lub Nigerii. Dosc czesto ciezarowki stoja na poboczu. Cos sie zepsulo i kierowca probuje sam naprawic. Czasem czeka na jakas czesc, ktora ktos mu dowiezie. Ciezarowki sa zaladowane niemilosiernie.
W parku Waza mieszkamy w prostym domku polozonych zaraz kolo bramy wjazdowej. Kierownik parku pozwolil nam wjechac za darmoche jeszcze tego wieczora. Po chwili szukania znalezlismy stadko zyraf, ktore plynnie jakby plynac porusza sie po stepie. Natepnego ranka jeszcze przed switem ruszamy znowu do parku. Mamy obowiazkowego straznika, ktory wszystko zauwaza szybciej niz my. W koncu udalo nam sie zobaczyc pare rodzajow gazeli, pare stadek zyraf, dzika swinie (warthdog), bociany marabou, sepy. Szukalismy slonia, ktorych jest ponoc w parku 1402, ale jakos sie pochowaly.
Safari w takim parku nie przypomina safari w Kalifornii, gdzie co 2 minuty widac innego zwierzaka. Jest to prawdziwy eco-system, gdzie kazde zwierze potrzebuje sporo terenu by wyzyc. Musi byc zbudowany food-chain. Na safarii potrzeba duzo cierpliwosci. Czasem jedzie sie godzine i nic nie widac. Ale potem nagle jest entuzjazm, bo na przyklad wypatrzylismy zyrafy. W sumie jezdzilismy z przerwami okolo 6 godzin. Wytrzeslo nas.
Na tym konczymy pierwszy tydzien pobytu w Kamerunie. Zamykamy pobyt na polnocy i udajemy sie w bardziej zielone miejsca, gdzie stykaja sie 3 kraje: Kamerun, Kongo i Republika Srodkowej Afryki
Krzysiek